Zapomniana tragikomedia z happy endem, czyli dzieło Poniatowskiego na deskach Opery Śląskiej

Magdalena Mikrut-Majeranek
Zapomniany kompozytor powrócił. Pamięć o Józefie Michale Ksawerym Poniatowskim, wnuku brata ostatniego króla Polski, śpiewaku, kompozytorze i dyplomacie została przywrócona za sprawą Opery Śląskiej w Bytomiu. To na tej scenie, 20 października, wystawiono jedną z dwunastu oper skomponowanych przez wspomnianego muzyka - „Don Desiderio” w reżyserii Eweliny Pietrowiak i pod kierownictwem muzycznym Jakuba Kontza. A wszystko stało się w stulecie odzyskania przez Polskę niepodległości – taki zmyślny koncept obrała bytomska opera na świętowanie jubileuszu.

Najnowsza propozycja Opery Śląskiej to nie lada gratka dla miłośników gatunku, bo to polska prapremiera sceniczna w oryginalnej wersji językowej. Wypada wspomnieć, że ostatni raz dzieło to zostało wystawione 140 lat temu w Teatrze Miejskim we Lwowie, ale po polsku i w tłumaczeniu Leona Sygietyńskiego. Później słuch o niej zaginął do czasu, aż ponownego odkrycia dzieł zapomnianego kompozytora, który za życia wystawiał swoje opery na najbardziej prestiżowych europejskich scenach, w tym w mediolańskiej La Scali, Operze Paryskiej czy Covent Garden w Londynie, dokonał muzykolog, profesor Ryszard Daniel Golianek. Natomiast popularyzatorką twórczości Poniatowskiego jest znakomita śpiewaczka operowa, Joanna Woś, która w bytomskiej realizacji wciela się w rolę charyzmatycznej Angioliny.

W muzyce Poniatowskiego wybrzmiewają echa epoki belcanto. Kompozytor przyjaźnił się z Gioachino Antonio Rossinim i Domenico Gaetano Donizettim, którego to zresztą nieco przypomina sceniczny Don Desiderio, a nie da się ukryć, że wpływ szacownej dwójki słychać w muzyce skreślonej ręką muzyka o polskich korzeniach.

„Don Desiderio” to zgrabnie skomponowana opera, w której nie brakuje trudnych arii. W jej budowie występuje jednak pewna dysproporcja. Utwór otwiera dynamiczna scena wypadku Don Desiderio i Don Curzio, w której w pełnej krasie prezentuje się także chór męski (brawa dla wykonawców). Podczas, gdy w pierwszej części (akt I, część aktu II) pojawiają się pewne dłużyzny, a akcja nie postępuje zbyt wartko, druga z nich wygląda zgoła odmiennie. Dramaturgicznie zdecydowanie więcej się tu dzieje, lepsza jest też konstrukcja arii. Po przewie scena należy do Don Curzia, granego przez Szymona Komasę, młodego i niezwykle utalentowanego barytona, który w 2016 r. otrzymał medal Prezydenta RP za najlepszy debiut operowy. Skromny notariusz bryluje. Gra niezwykle plastycznie. Patrząc na jego mimikę, wymowne gesty, widz przeżywa wraz z nim perypetie przez które przechodzi bohater, czym przyćmiewa nieco tytułowego pechowca. Rola notariusza daje duże pole do popisu i Komasa wykorzystał w pełni swoje atuty, aby tchnąć w nią życie. Nie można pominąć też Angioliny. Kunszt artystyczny Joanny Woś nie wymaga komentarza. Piękna barwa jej głosu i olbrzymie możliwości wokalne budzą respekt. Świetnie prezentuje się szczególnie w pierwszej arii.

Subtelna scenografia stworzona przez Aleksandrę Gąsior czaruje widza. Motywem przewodnim są kwiaty. Roślinny trop został tu zaakcentowany nie bez przyczyny. Akcja rozgrywa się w XIX-wiecznym Gensano leżącym w okolicach Rzymu, a miasto to słynie z festiwalu kwiatów - Infiorata Genazzano, odbywającego się w pierwszą niedzielę lipca. Wówczas ulice udekorowane są dywanami z kwiatów. Motyw ten znalazł swoje odzwierciedlenie w scenografii. Preludium do urzekającego scenografią spektaklu stanowi wstęp, podczas którego na zasłaniającej scenę kurtynie pojawiają się wizualizacje przedstawiające kwiaty. Króluje efektowna monstera, ale wykorzystano też m.in. paprocie. Co istotne, ich kolorystyka jest monochromatyczna. Dominuje czerń symbolizująca żałobę i śmierć. Jednakże w finale ustępuje ona miejsca bieli. Białe rośliny zwiastują dobrą nowinę i wieńczący operę happy end. Konwencja ta jest stosowana rygorystycznie, gdyż w finałowej scenie nawet suknia Angioliny wychodzącej za mąż za ukochanego Federica przypomina kielich kwiatu, niczym u baśniowej Calineczki, rośliny znajdują się także na jej czarnej sukni i wdowim woalu jej matki. Rozwiązania scenograficzne są nieoczywiste, czasami zaskakujące. Choć akcja rozgrywa się w połowie XIX wieku, mamy tu automobil, ale w tłumaczeniu na język polski pojawia się określenie mówiące o tym, że bohaterowie gnali na złamanie karku rozstawnymi końmi.

Opera utrzymana jest w klimacie czarnej komedii, jak na dramma giocoso przystało, a sceniczna akcja skupiona jest wokół nagłej, domniemanej śmierci Riccarda, przyjaciela tytułowego bohatera. „Don Desiderio” to tragikomedia z happy endem, w której zwycięża Hymen, czyli grecki bóg małżeństwa, ale od początku… Tytułowy bohater (Stanislav Kuflyuk) jest spiritus movens intryg napędzających sceniczną akcję. Co ciekawe, nie należy on do grona herosów gloryfikowanych zazwyczaj w operach. To po trosze postać tragiczna, po trosze – komiczna. Don Desiderio to niezbyt roztropny pechowiec. Porusza się niczym słoń w składzie porcelany, wywołując sporo zamieszania. Czyżby wiedźmy i moce piekielne sprzysięgły się żeby uprzykrzyć mu życie? Możliwe. Jednakże wydaje się, że prześladujące go fatum wynika raczej z niezdarności niż z przypisanego mu przeznaczenia.

Maraton potknięć rozpoczyna już w chwili wypadku samochodowego, który inicjuje sceniczną akcję. Ma on miejsce, gdy Don Desiderio jedzie do rezydencji zmarłego przyjaciela. Kiedy kurtyna idzie w górę, widzimy dym spowijający sprawców całego zamieszania. Tak rozpoczyna się tragikomiczny wyścig z czasem, festiwal gagów (niestety, w większości przewidywalnych) i nieporozumień qui pro quo. Pierwsza scena jest niezwykle dynamiczna, świetnie wyśpiewana i zagrana aktorsko. W kolejnej widzimy jak główny bohater zakrada się do domu Riccarda (Juliusz Ursyn Niemcewicz). Wpada tam z impetem, kiedy kochankowie (Angiolina – Joanna Woś oraz Federico – Adam Sobierajski) toną w miłosnym uścisku. Don Desiderio przerywa ich tête-à-tête i prowadzi do kłótni pomiędzy nimi. Obwieszczając złą nowinę wdowie, doprowadza ją do omdlenia, ale nie na tym koniec, bo pragnąc jej pomóc, zamiast przynieść wodę aby ją ocucić… rozbija zastawę stołową. Chcąc ukoić ból po zmarłym mężu, namawia wdowę do otwarcia testamentu, co skutkuje utratą majątku. I kiedy wydaje mu się, że w końcu zdołał wygrać z pechem i zmienić swój los poprzez ślub z wdową, okazuje się, że… i tym razem nic z tego. Bo oto zjawia się rzekomo martwy Riccardo, któremu towarzyszy korowód wieśniaków. Cały w bieli wkracza na scenę, zwiastując nadejście nowego porządku. Juliusz Ursyn Niemcewicz (Riccardo) czyni to z nonszalancją i niepodzielnie anektuje uwagę widzów. Jego krótka rola zapada w pamięci. Tragikomedia jako żywo.

„Don Desiderio” Józefa Michała Ksawerego Poniatowskiego w reżyserii Eweliny Pietrowiak to udany mariaż przeszłości z teraźniejszością. XIX-wieczny utwór został nieco odkurzony i uwspółcześniony. Sceniczny hortus fraudulentia oczarowuje niekonwencjonalną scenografią, która została przemyślana w każdym calu. Niewielka przestrzeń gry, jaką dysponuje bytomska scena została dobrze wykorzystana, a niektóre sceny (np. oddanie hołdu zmarłemu i jego spadkobiercom) zyskały niezwykłą plastyczność dzięki reżyserii świateł, za którą odpowiada Karolina Gębska. Olbrzymią zasługą Opery Śląskiej jest to, że udało jej się dokonać restytucji pamięci o zapomnianym kompozytorze. I choć opera „Don Desiderio” nie jest dziełem wybitnym, to dzięki sprawnej reżyserii całkiem przyjemnie się ją ogląda.

Kobiety w MMA. Płeć nie taka słaba. WYWIAD

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie