Taniec na krawędzi w bytomskiej szkole baletowej

Maria Klimczyk
Do rodziców uczniów od dawna docierały sygnały, że w bytomskiej „baletówce”
Jeszcze nie ma 15 lat. Drobny chłopak o okrągłej ładnej dziecięcej buzi. Szymek Sz. Uczeń drugiej klasy gimnazjum Ogólnokształcącej Szkoły Baletowej w Bytomiu. 17 stycznia powiesił się w szkolnej toalecie.

Jeszcze nie ma 15 lat. Drobny chłopak o okrągłej ładnej dziecięcej buzi. Szymek Sz. Uczeń drugiej klasy gimnazjum Ogólnokształcącej Szkoły Baletowej w Bytomiu.
17 stycznia powiesił się w szkolnej toalecie.

I choć przeżył, to jest nieprzytomny, podłączony do respiratora. Przedwczoraj jego stan się pogorszył. Obrzęk mózgu...

Dlaczego Szymek się powiesił? Nie wytrzymał trudów nauki, jak mówią rodzice innych uczniów, czy też przerósł go romans z nauczycielką, jak twierdzą jego koledzy? A może i jedno, i drugie? W tej sprawie jest wciąż więcej pytań i oskarżeń. Porażający jest też obraz szkoły, jaki wyłania się z opowieści rodziców. Szkoły strachu i terroru.

Boją się wszyscy. Dzieci boją się nauczycieli, nauczyciele boją się dyrekcji, a rodzice boją się o dzieci. Wszyscy boją się dziennikarzy. Po drugiej stronie strachu jest Szymek, który walczy o życie. Jest też Olga W., 48-letnia nauczycielka tańca klasycznego. Od półtora roku Olga W. uczyła Szymka. Po godzinach, do późnego wieczora. Tydzień temu została aresztowana na trzy miesiące, żeby nie mataczyć w śledztwie w sprawie samobójczej próby nastolatka. I ze względu na karę, jaka grozi za takie czyny. Nauczycielce tańca prokuratura zarzuca molestowanie seksualne i rozpijanie nieletnich. To przestępstwa zagrożone karą od dwóch do 12 lat więzienia.

Strach w szkole

- Czego mogą bać się rodzice? W dziesiejszych czasach, kiedy tyle mogą zrobić, mają tyle praw? Prawdy nie należy się bać. Prawdę trzeba mówić! Głośno - denerwuje się Anna Majer, znana choreograf, kiedyś wicedyrektor "baletówki". - Faktem jest, że w naszej szkole wiele rzeczy zamiatało się pod dywan. Także indywidualne lekcje Szymka. Przecież szkoła ma regulamin, jeden i dla wszystkich. Dzieciak przychodził do szkoły po dwudziestej na zajęcia. Na portierni wiedzą, kto i kiedy wchodził i wychodził ze szkoły. Dyrekcja też wiedziała, mijała się przecież z Szymkiem w drzwiach. Czy inni uczniowie też mieli takie zajęcia? Nic mi o tym nie wiadomo - podkreśla jedna z nauczycielek.

Nauczyciele nie chcą ujawniać nazwisk. Boją się, że będą zwolnieni. Inni pracownicy chcieliby rozmawiać, ale nie będą. - Prawda jest taka, że się boję - słyszę.

"Chce pan rządzić szkołą"

Nie boi się rozmawiać Jarosław Świtała. Znany tancerz i choreograf, artysta Opery Śląskiej. Jest absolwentem bytomskiej "baletówki", tu uczy się jego syn Oskar. Świtała jest wstrząśnięty tragedią.

- Nie mogłem spać, gdy się o tym dowiedziałem, jeszcze teraz nie chce mi się w to wszystko wierzyć. W tej szkole od dłuższego czasu działo się źle. Zwracałem na to uwagę dyrekcji i nauczycielom. Mówiłem o obciążeniu uczniów ilością godzin, co powodowało ogromne zmęczenie fizyczne i psychiczne. Od razu zostałem okrzyknięty jako ten, który sprzeciwia się takim czy innym metodom nauczania czy zarządzania szkołą. Usłyszałem, że chcę rządzić szkołą, ale mnie to zupełnie nie interesuje. Zwracałem tylko uwagę na dzieci, które się rozwijają, mają w przyszłości być zawodowymi artystami, tancerzami. Ale nikt nie chciał mnie słuchać, wręcz odwrotnie. Pani dyrektor Bożena Kociołkowska wprowadziła w szkole terror, podporządkowała sobie wszystkich. Rodzice bali się cokolwiek powiedzieć! Bo jeśli jakiś rodzic odważył się sprzeciwić, to jego dziecko najczęściej było usuwane ze szkoły. Byłem jednym z tych, który przestał się bać, ponieważ widziałem, że w szkole dzieje się źle. Widziałem, że moje dziecko jest zestresowane, żyje pod presją jakiegoś psychicznego dyskomfortu. Oskar chodzi do ósmej klasy. Przychodził ze szkoły i nie chciał z nikim rozmawiać. Aż do dnia, gdy został wykluczony z obowiązkowych zajęć tańca. Z obowiązkowych lekcji! Rozumie pani? Pytam nauczyciela, dlaczego do tego doszło, i dowiedziałem się, że była to decyzja pani Kociołkowskiej. A jak ty się czułeś, zapytałem Oskara. A on mi mówi: tatuś, ja bym nigdy nikogo w ten sposób nie upokorzył, a tym bardziej ucznia. I to mówił uczeń, który wtedy chodził do siódmej klasy - podkreśla Świtała.

Czy można wyrzucić ucznia państwowej szkoły z obowiązkowych zajęć? Świtała zgłaszał ów fakt wiceprezydentowi Bytomia, nadzorującemu oświatę. Rozmawiał z wizytator Danutą Podgórską. - Zupełnie nie interesował jej uczeń! Przez dwadzieścia minut mówiła mi, jak to wspaniale, że pani Kociołkowska jest w szkole. Nie mieściło mi się to w głowie! Bzdury mówiła. Mnie, człowiekowi, który w tym zawodzie jest od 35 lat - denerwuje się Świtała.

O Szymku słyszał wcześniej

O swoich spostrzeżeniach rozmawiał z pozostałymi dyrektorkami "baletówki", Urszulą Petrymusz i Haliną Kachelską. - Mówiłem o przeciążeniach, braku kontroli lekcji tańca, mówiłem jeszcze przed świętami. Przestrzegałem, że dojdzie do tragedii. A one patrzyły na mnie jak na nienormalnego. Próbowałem przestrzec rodziców. Ale oni się bardzo boją pani dyrektor Kociołkowskiej. Przerażające to wszystko - dziwi się Świtała.

O Szymku słyszał wcześniej, bo jest w trójce klasowej. Starannie waży słowa. - Spotkaliśmy się z dyrektorem szkoły i naświetlaliśmy tę sprawę. Że mamy sygnały, że Szymek jest nadmiernie eksploatowany. Że zabierany jest w różnych godzinach na zajęcia nadobowiązkowe, że mówią o tym uczniowie. Aspekt molestowania w ogóle nie był wtedy poruszany - twierdzi Świtała. I dodaje: - Ta tragedia, moim zdaniem, była raczej spowodowana obciążeniem psychicznym i fizycznym dziecka.

Poczuł alkohol

Inaczej na to wszystko patrzą koledzy Szymka. Policja przesłuchiwała Marka i Kubę w kilkanaście minut po tym, jak Szymek się powiesił. Mówili o tym, że Olga W. nie tylko uczy chłopca tańczyć. Chodziła z nim na piwo, stawiała frytki, słodycze, czasem pomarańcze. Chłopcy twierdzą też, że widzieli, jak Szymek i nauczycielka całują się w męskiej szatni. - Do mnie też się dostawiała, ale powiedziałem nie - twierdzi Marek.

O Oldze W. niektórzy rodzice uczniów "baletówki", wiedzieli sporo. - Piła alkohol na wyjazdach, mojemu synowi podała karton z sokiem. Ale powąchał i poczuł alkohol - twierdzi ojciec jednego z maturzystów. - Ale o tym, że się truła tabletkami, i to na lekcji, przy uczennicy, której kazała czytać, jakie są objawy, dowiedzieliśmy się w zeszły piątek. Dlaczego dyrekcja nie wysłała jej na roczny urlop zdrowotny? Dlaczego pozwolono, by nadal uczyła nasze dzieci - dziwią się matki uczennic.

To przerażające!

Przedwczoraj rodzice byli bardzo zdenerwowani faktem, że na kontrolę do szkoły przyjechała Danuta Podgórska, wizytator ze śląskiego Centrum Kształcenia Artystycznego. - To przerażające. Ta pani wiedziała o naszych obawach i nic nie zrobiła. Mamy odpowiedź na list pana Świtały, który o swoich zastrzeżeniach i wątpliwościach wobec sposobu prowadzenia zajęć w szkole poinformował Śląską Społeczną Radę Oświatową - denerwuje się Małgorzata Kurcz, przewodnicząca Rady Rodziców w bytomskiej OSB. - Można tam przeczytać, że "po wnikliwej analizie dokumentacji potwierdzamy zasadność zgłoszonych uwag i zastrzeżeń. Nasz szczególny niepokój budzi brak skutecznego nadzoru nad funkcjonowaniem szkoły ze strony pani wizytator Danuty Podgórskiej. Jednocześnie informujemy o przystąpieniu do stałego monitorowania działalności placówki w zakresie przestrzegania praw uczniów i ich rodziców, prosząc pana, a za pana pośrednictwem innych rodziców o przekazywanie na adres Śląskiej Społecznej Rady Oświatowej opinii i sygnałów o wszelkich stwierdzonych nieprawidłowościach i zaniedbaniach". Kopię tego pisma przesłano do Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Rzecznika Praw Dziecka, dyrektor Centrum Edukacji Artystycznej w Warszawie oraz redakcji pisma "Rodzice w szkole" w połowie listopada zeszłego roku.

- Niepokoi nas rodziców to, że mimo tych sygnałów pani Podgórska nadal wizytuje szkołę. Była w "trójkach giertychowskich", ankietowała uczniów. Ale nas nie słuchała, tylko trzymała się ściśle ankiety. Mówiliśmy nie tylko o paleniu papierosów w szkole, ale i o piciu alkoholu podczas wyjazdów do Warszawy oraz o nadmiernej ingerencji nauczyciela w wolny czas uczniów.

- I co? I nic - mówi rozgoryczona matka.

Komisja pracuje

Urszula Petrymusz, dyrektorka szkoły, została zawieszona w obowiązkach dyrektora. Taką decyzję podjął prezydent Bytomia, Piotr Koj. - Codziennie jest w swoim gabinecie, co to za zawieszenie i dlaczego tylko jednej dyrektorki - dziwią się rodzice, którzy rozmawiali z DZ.

Od poniedziałku w Bytomiu pracuje specjalna komisja powołana przez prezydenta Koja. Są w niej Helena Colik z Wydziału Edukacji, Jerzy Kopyto z Wydziału Kontroli oraz Aleksandra Wójcik, radca prawny Urzędu Miejskiego. - Badamy okoliczności wypadku, ze szczególnym uwzględnieniem prawidłowego nadzoru dyrekcji szkoły, w aspekcie tego wypadku. Mamy zgromadzoną dokumentację z rozmów z Olgą W., księgi wyjść i wejść z internatu, sposobów zwalniania uczniów z lekcji. Protokół będzie gotowy w piątek i ja go udostępnię - obiecuje Halina Bieda, wiceprezydent Bytomia ds. edukacji, przewodnicząca komisji.

Wszystko wskazuje na to, że dziś sporo się wyjaśni. Dziś o 17.00 w "baletówce" odbywa się wywiadówka. Godzinę wcześniej spotykają się rodzice z trójek klasowych. Wiemy, że rodzice zbierają podpisy w sprawie powołania w "baletówce" Rady Szkoły. - Będziemy zabiegać u organu nadzorującego o odwołanie całej dyrekcji - mówi jedna z matek.

Coraz więcej cudzoziemców zgłoszonych do ubezpieczeń

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie