Dr Anna Prokop-Staszecka, lekarka z pierwszej linii frontu: Po roku z koronawirusem wciąż wiemy o nim niewiele, a system jest chory

Patrycja Dziadosz
Patrycja Dziadosz
Coraz częściej odnoszę też wrażenie, że zajmujemy się pandemią nie zastawiając się co po niej zostanie. A tymczasem zespół pocovidowy dotyka mniej więcej co dziesiątego pacjenta - mówi dr n.med. Anna Prokop-Staszecka, pulmonolog, która w szpitalu Jana Pawła II w Krakowie kieruje oddziałem covidowym. Lukasz Gdak
- Nie wiemy do końca czy zachorowanie strzeże nas przed nawrotem choroby. Są już na świecie opisane przypadki osób, które zakaziły się drugi raz. My też mieliśmy już dwóch pacjentów z reinfekcją. Kilka dni temu na oddział przyjęliśmy, młodą - czterdziestokilkuletnią kobietę, która potwierdzonego koronawirusa miała w październiku. Teraz test również jest pozytywny. Nie wiemy jednak, czy ponownie się zakaziła, czy ma fragmenty wirusa niezakaźnego dla otoczenia - mówi dr n.med. Anna Prokop-Staszecka, pulmonolog, która w szpitalu Jana Pawła II w Krakowie kieruje oddziałem covidowym.

FLESZ - COVID-19 niszczy oczy

Za niespełna dwa tygodnie minie rok, od kiedy walczymy z koronawirusem w Polsce. Zacznijmy więc od bilansu: co wiedzieliśmy o nim na początku pandemii, a co wiemy teraz?
Niestety wciąż wiemy niewiele. Zarówno wirus jak i pandemia są całkowicie nieprzewidywalne. Nadal nie znamy odpowiedzi na szereg pytań dotyczących przebiegu COVID-19. Na domiar złego, pojawia się coraz więcej głosów tzw. celebrytów–przepowiadaczy, którzy niekoniecznie są autorytetami medycznymi, ale spekulują na temat tego, co będzie. A prawda jest taka, że nikt nie ma takiej wiedzy. Ani wirusolodzy, ani genetycy, ani immunolodzy. Nikt nie wie, kiedy pandemia się skończy oraz jakie będzie miała skutki. Przyznać się do tego, że człowiek czegoś nie wie jest normalną, ludzką rzeczą. Trzeba mieć pokorę. Mnie pandemia bardzo jej nauczyła. Niestety, mamy także coraz więcej sygnałów, że covid może zostawiać po sobie ślady w wielu narządach.

Do tej pory wydawało nam się, że to sama choroba jest najstraszniejsza. Czy to oznacza, że teraz musimy bać się także jej skutków?
Niestety tak. Jak już mówiłam ten wirus jest całkowicie nieprzewidywalny, a na dodatek bardzo łatwo mutuje. Świadczą o tym nowe warianty, które pojawiły się m.in. w Wielkiej Brytanii, Afryce Południowej czy też w Brazylii. Może za jakiś czas, my też jakiś wyhodujemy?

To kolejne pytanie bez odpowiedzi.
Takich niewiadomych jest wiele. Nie wiemy do końca, czy zachorowanie strzeże nas przed nawrotem choroby. Są już na świecie opisane przypadki osób, które zakaziły się drugi raz. My też mieliśmy już dwóch pacjentów z reinfekcją. Coraz częściej odnoszę też wrażenie, że zajmujemy się pandemią nie zastawiając się co po niej zostanie. A tymczasem zespół pocovidowy dotyka mniej więcej co dziesiątego pacjenta.

Ale jest przecież cała gama leków. Czy naprawdę żaden z nich nie jest na tyle skuteczny, by mógł zapobiec powikłaniom?
Oczywiście, że są leki, które można by było ewentualnie wdrożyć w leczeniu włóknienia płuc, ale nikt tego nie robi z dwóch względów: po pierwsze to są bardzo drogie specyfiki, po drugie nie ma żadnych badań klinicznych potwierdzających ich skuteczność. Na ten moment dopuszczone do użytku w leczeniu koronawirusa w Polsce są tylko dwa medykamenty: remdesivir i deksametazon. Primum non nocere - przede wszystkim nie szkodzić - to pierwsza zasada lekarska, której ja też jestem wyznawcą. Te kilka miesięcy obserwacji i doświadczenia, odkąd leczymy zakażonych pacjentów to wciąż za mało, by powiedzieć, że umiemy leczyć covid.

Ale na tyle dużo, by zaobserwować, że ozdrowieńcy jeszcze przez wiele tygodni mogą mieć długotrwałe problemy ze zdrowiem.
Niestety tak. Wszystko wskazuje na to, ze covid może zostawiać po sobie ślady w wielu narządach. Przede wszystkim w płucach, objawiające się dusznością i kaszlem. Ale nie tylko, bo obserwujemy też u pacjentów zaburzenia odporności, anemię, zaburzenia rytmu serca, bóle głowy, bóle mięśniowe, czy wielkie zmęczenie. Literatura mówi nawet o zmianach psychiatrycznych. Trafiali do nas też tacy, którzy skarżyli się na pogorszenie słuchu i widzenia. A my nie wiemy czy to kwestie psychiatryczne czy neurologiczne.

Czy te długotrwałe skutki przechorowania covidu o których Pani mówi dotyczą tylko tych pacjentów, którzy ciężko go przechorowali?
Trzeba jasno podkreślić, że pacjenci którzy przebyli zakażenie w sposób łagodny, wcale nie są zabezpieczeni przed występowaniem późnych powikłań tej choroby. Oczywiście, ciężkie powikłania po covidzie dotyczą głównie pacjentów, którzy już cierpią na jakieś schorzenia. Te z kolei nasilają się w sposób szczególny pod wpływem infekcji. Jednak znamy też pacjentów zdrowych, bez tzw. chorób współistniejących u których też wystąpiły takie komplikacje.

Czy tych powikłań, a w konsekwencji niestety zgonów można, by uniknąć gdyby chorzy zamiast leczyć się sami w domu, zgłaszali się do lekarzy wcześniej?
Czas w leczeniu każdej chory ma ogromne znaczenie. A do nas wciąż trafiają pacjenci w takiej fazie infekcji, kiedy praktycznie nie ma dla nich szans na ratunek. Gdyby zgłosił się wcześniej, może by żył. Ludzie ukrywają zakażenia bo się boją, wolą udawać że wirusa nie ma.

Prawdę mówiąc, część tych pacjentów być może zgłosiła by się po pomoc na czas, gdyby zewsząd nie słyszała informacji, że ochrona zdrowia jest na skraju niewydolności…
Bo wydaliśmy miliardy na bezsensowne inwestycje. Najlepszym przykładem są szpitale polowe, które stoją puste. Jak można, było podjąć decyzję o ich budowie, by poprawić sytuację w niewydolnej ochronie zdrowia, a jednocześnie nie zaangażować do walki z covidem lekarzy rodzinnych, tylko pozwolić im leczyć przez telefon?! Może te pieniądze należałoby dać im, żeby ich w jakiś sposób zachęcić do pracy z zakażonymi? Nie chcę mówić o nikim źle, bo w każdym zawodzie znajdą się lepsi i gorsi specjaliści. Tak jest u dziennikarzy, księży czy też lekarzy. Ale jak można komuś wypisać bez badania antybiotyk przez telefon?! Dla mnie – lekarza z wieloletnim stażem – to chory system. Mogę podać dużo przykładów spóźnionych lub niepotrzebnych interwencji. Chory który trafił do nas, bo lekarz rodzinny przepisał mu trzy antybiotyki pod rząd bez osobistego kontaktu, a ich zażywanie nie przynosiło poprawy, na szczęście nie było za późno. 60 proc. antybiotyków jest zapisywane niepotrzebnie, a każdy lek może dawać objawy uboczne.

Mam wrażenie, że dzisiejszych czasach strach chorować na cokolwiek innego niż covid.

Przez rok pandemii żyjemy tak, jakby inne choroby niemal przestały istnieć. A to nieprawda! Ludzie umierają na gruźlicę czy nowotwory, bo szpitalne oddziały zostały zamknięte.

W ubiegłym roku miałam takiego pacjenta, który zgłosił się do mnie dopiero, gdyzauważył, że pluje krwią. Wcześniej miał duszności, ale stwierdził, że się do nich przyzwyczaił. No i było już za późno… Oczywiście my robimy wszystko, żeby mimo wszystko pomagać. Staramy się ulżyć chorym w cierpieniu, by nie czuli bólu, ale nie wygramy walki ze śmiercią. A przecież nie o to chodzi byśmy pomagali w umieraniu tylko w odzyskiwaniu zdrowia. Marzę o powrocie do normalności, ale boję się, że tak nie będzie. Już raz szykowaliśmy się , że oddział, którym kieruję - chorób płuc i onkologii – przestanie być covidowym i wróci do normalnego funkcjonowania. I co? W jednym dniu zapełniło nam się połowę łóżek. Nadzieje umiera jednak ostatnia.

Wideo

Materiał oryginalny: Dr Anna Prokop-Staszecka, lekarka z pierwszej linii frontu: Po roku z koronawirusem wciąż wiemy o nim niewiele, a system jest chory - Gazeta Krakowska

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie