Narastała w nim bezsilność. Do prezydenta RP pisał, że państwo lepiej traktuje bezdomne zwierzęta niż ludzi takich jak on. Rozumiał, że jedyne, co mu pozostało, to umrzeć z godnością. Fundacja Anny Dymnej „Mimo Wszystko” odmieniła jego los.

O Janusz Świtaju usłyszała cała Polska. Sparaliżowany od szyi w dół i oddychający za pomocą respiratora 34-letni mieszkaniec Jastrzębia-Zdroju, w kwietniu 2006 roku, zwrócił się do prezydenta Lecha Kaczyńskiego z prośbą o danie mu prawa do eutanazji. Wniosek w tej sprawie przesłał też do jastrzębskiego Sądu Rejonowego. Pisał m.in.: „Posłużę się może drastycznym porównaniem, ale władze, w tym również lokalne, wydają więcej pieniędzy na dzienne utrzymanie bezdomnych zwierząt (68 zł) niż na pomaganie ludziom. W hospicjum ta stawka jest mniejsza (23 zł). Jeżeli zatem w Rzeczpospolitej Polskiej, której Pan jest Prezydentem, dochodzi do takiej sytuacji, to ja już nie mam żadnej nadziei na godne życie”.

– Po wypadku drogowym w 1993 roku, moim jedynym oknem na świat była najpierw szyba Oddziału Intensywnej Opieki Medycznej, a potem telewizor w pokoju – wspomina. – W całkowitej izolacji od świata zewnętrznego trwałem przez piętnaście lat. Byłem zdany wyłącznie na opiekę rodziców. Widziałem ich coraz większe zmęczenie, zarówno fizyczne, jak i psychiczne. Chwilami ten widok stawał się dla mnie bardziej dobijający niż świadomość beznadziei, w jakiej się znalazłem, i osobistego dramatu.

Środki masowego przekazu natychmiast obiegła wiadomość o pierwszym Polaku, który desperacko domaga się prawa do godnej śmierci. Anna Dymna odmówiła udziału w toczących się wtedy publicznych sporach na temat etycznego wymiaru eutanazji. W jednym z wywiadów powiedziała tylko: „Janusz nie chce umierać. On po prostu rozpaczliwie woła o pomoc”. I zaczęła działać.

– Nagle uświadomiłam sobie, że znam Janusza Świtaja – wspomina aktorka. – Zwrócił się kiedyś o pomoc do mojej fundacji. Daliśmy mu materac antyodleżynowy i specjalny ssak. Nieraz potem dostawałam od niego radosne SMS-y na święta albo walentynki. Złapałam więc za telefon i mówię: „Janusz, kurde, co ty wyprawiasz! Opamiętaj się! Przecież to ty jesteś największym przeciwnikiem eutanazji, to ty walczysz o każdy oddech. A teraz próbujesz mi wmówić, że chcesz umrzeć?! Rozumiem, że czujesz się upokorzony przez los. Dlatego koniec z lenistwem, koniec z beznadzieją. Jesteś potrzebny. Będziesz u mnie pracował. Zatrudnię cię na okres próbny, na pół etatu. Ale jak będziesz złym pracownikiem, to cię wywalę”.

Janusz Świtaj twierdzi, że przełomowym momentem była pierwsza wizyta w jego mieszkaniu prezes fundacji „Mimo Wszystko”. Pojawiła się też szansa na specjalistyczny wózek z respiratorem. Zrozumiał wtedy, że nie jestem sam, że może komuś być potrzebny i wreszcie, po piętnastu latach koszmaru, zdoła oderwać się od łóżka.



Od kilku lat, dzięki Fundacji Anny Dymnej „Mimo Wszystko”, Świtaj porusza się specjalistycznym wózkiem, pracuje jako fund-raiser i internetowy analityk. Napisał też autobiografię („12 oddechów na minutę”, Wydawnictwo Otwarte 2008), studiuje psychologię, uczestniczy w kampaniach społecznych, został uhonorowany tytułem „Człowiek bez barier”, a przy tym wspiera ludzi znajdujących się w podobnej, jak on, sytuacji. Nie myśli już o śmierci. „Warto żyć, ponieważ życie mamy tylko jedno” – powtarza w rozmowach z dziennikarzami.



Ten przypadek to tylko jeden z wielu, jakimi zajmowała się i zajmuje organizacja pożytku publicznego kierowana społecznie przez aktorkę Narodowego Starego Teatru. W ciągu 13 lat Fundacja Anny Dymnej „Mimo Wszystko” wsparła leczenie, rehabilitację oraz edukację blisko 22 000 osób chorych i niepełnosprawnych w całej Polsce. Wybudowała też i prowadzi dwa ośrodki terapeutyczno-rehabilitacyjne. W tym roku, w czerwcu, na krakowskim Rynku Głównym, już po raz trzynasty, zorganizuje Ogólnopolskie Dni Integracji „Zwyciężać Mimo Wszystko”, a także finał Festiwalu Zaczarowanej Piosenki – dla uzdolnionych wokalnie osób niepełnosprawnych. Niebawem rozpocznie też kolejną edycję programu stypendialnego „Indeks marzeń”. Anna Dymna wciąż snuje plany projektów pomocowych, bo ludzi w sytuacji, w jakiej Janusz Świtaj znajdował się 10 lat temu, wciąż w naszym kraju żyje, niestety, sporo.



– Nie można pomagać komuś po coś – twierdzi Anna Dymna. – Pomaga się z potrzeby serca i tak naprawdę zawsze robi się to dla siebie. Jeden dojrzewa do tej myśli wcześniej, drugi później, trzeci pewnie zbyt późno. Oczywiście wolałabym pracować społecznie bez rozgłosu. Tyle że na tę działalność trzeba zdobywać pieniądze. Potrzeby wciąż są ogromne. Dziękuję wszystkim przyjaciołom fundacji „Mimo Wszystko”. To wyłącznie dzięki ich życzliwości oraz zaufaniu możemy zmieniać rzeczywistość osób chorych i niepełnosprawnych. A wielu naszych podopiecznych znajduje się w tak ciężkim stanie, że o wsparcie dla siebie nie potrafią nawet prosić.



1 procent

Komentarze (1)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

xb1 (gość)

Pani Ani ostatni raz przekazałem darowiznę za zeszły rok. Po jej ogromnej wesołości na wygłupy młodego szczura, pomyślałem sobie: Niech się zwróci o pomoc do sobie podobnych wesołków.