Alpy Julijskie. Monte Lussari wybrała Matka Boża, mistrzyni olimpijska serwuje tu boskie tiramisu, a narciarze zachwycają się Prampero

Monte Lussari, a może Monte Santo di Lussari? – I tak, i tak. To święta góra pielgrzymów, turystów, a także narciarzy – zapewniają gospodarze położonych na wąskiej grani hoteli. Zimą jest tu oczywiście najwięcej tych, co jeżdżą na nartach.

Jak dostać się na owianą legendami górę? W zimie najlepiej wsiąść do któregoś z wagoników ośmioosobowej gondolki w Camporosso (w pobliżu Tarvisio). Na szczycie – 1760 m n.p.m – staniemy po jednej przesiadce i parunastu minutach. Latem można zdecydować się, jak czyni to wielu pielgrzymów, na mozolną wędrówkę.

Słynna i szybka
Choć góra wydaje się niezbyt wysoka, to między dolną a górną stacją jest tysiąc metrów różnicy. W dół wiodą jedynie czerwone i czarne trasy.

– Prampero? – Andrzej znacząco zerknął na Magdę. – Pram-pero – jak echo odpowiedziała dziewczyna. Wystarczyła chwila, by zniknęli za niewielkim śnieżnym garbem słynnej „15”.

Na blisko czterokilometrowej trasie rozgrywane były zawody m.in. Pucharu Świata. Choć to trasa czerwona, jej stromizny – oglądane np. z kolejki – mogą przyprawić o szybsze bicie serca, szczególnie tych, którzy niezbyt pewnie czują się na nartach.

– Nie wygląda na łatwą. Idę na kawę, obejrzę sobie góry, a potem poszukam łatwiejszej drogi – Julia nie dała się namówić Stefano na zjazd najbardziej znaną trasą w Tarvisio. Odpięła narty i pomaszerowała w kierunku nieodległych kafejek. Jej chłopak wybrał... czarną „16”.

Z Monte Lussari można zjechać też na Monte Florianca (1653 m n.p.m.) i dalej – na Monte Prie¬snig (1315 m n.p.m.), a stąd do Tarvisio. Gospodarze stacji wspominają o ponad 30 km tras zjazdowych. – Śnieg gwarantujemy do marca, a nawet nieco dłużej – kusi Simona Tuti z Consorzio di Promozione Turistica del Tarvisiano. – Na przełęczy Sella Nevea można jeździć nawet w maju – przypomina.

Stacja nie zapomniała również o tych, którzy nad zjazdy przedkładają biegi – przygotowuje co roku kilometry tras m.in. w Tarvisio, a także z Camporosso do Valbruny, i dalej.

Mistrzyni w kuchni
Białe czapy uroczo skrywają potężne skalne piramidy, mgły snują się w dolinach, śnieg skrzypi, zachodzące słońce skrzy się w lodowych kryształach. Trudno nie zachwycić się głęboko wciętymi dolinami, morzem postrzępionych grani Monte Cacciatore, Cave del Predil, Cinque Punte, Cima di Riofre-ddo, czy potężnie wypiętrzonych Jof Fuart (2666 m n.p.m.) i Jof di Montasio (2753 m n.p.m.). Jest bajkowo.

Nic więc dziwnego, że to ukochana góra Gabrielli Paruzzi, mistrzyni olimpijskiej, mistrzyni świata, zdobywczyni Pucharu Świata w biegach narciarskich. Tutaj odnalazła swój azyl, ale też prowadzi restaurację i trzygwiazdkowy hotel „Rododendro”. Urodziła się w Udine w 1969 r. Mając 6 lat zaczęła biegać na nartach, w szkółce, która miała siedzibę u podnóża Monte Lussari (dziś jej patronuje).

Szczupła, skromnie ubrana. Nie jest „gwiazdą”, lecz pełną taktu i uroku gospodynią. Podaje do stołu, chętniej opowiada o potrawach niż o swoich sukcesach. – W kuchni używamy tylko lokalnych produktów – przypomina. Nic więc dziwnego, że w okolicy nie ma lepszego ravioli, a tiramisu aż pieści kubki smakowe... Wielu przyjeżdża tu tylko po to, aby zjeść pyszny obiad u campionessy. Czy zna polskich biegaczy? – Któż by nie znał Justyny Kowalczyk – odpowiada.

Sanktuarium na szczycie
Skąd się wzięło? W XIV stuleciu na Monte Lussari doszło do cudu... Pewnemu pasterzowi zaginęły owce. Gdy je odnalazł, były blisko szczytu, klęczały – tak zapewniają miejscowe kroniki – wokół niewielkiej figury Matki Bożej z Dzieciątkiem.

Pasterz zniósł figurę w dolinę, oddając ją proboszczowi. Następnego dnia Matka Boża powróciła jednak do swoich owieczek. Sytuacja powtarzała się do czasu, aż patriarcha Akwilei nakazał w pobliżu szczytu wznieść niewielką kaplicę. Od ponad 600 lat Matka Boża ma tu swój dom. Sanktuarium Europy, bo i tak zwane jest to miejsce, odwiedzają nie tylko Włosi, Słoweńcy i Austriacy, ale także sporo innych nacji, w tym liczne grono rodaków znad Wisły (nie tylko pielgrzymów).

– Chcemy Polaków zatrzymać w Friuli-Wenecji Julijskiej na dłużej. Żeby nie mknęli tylko na południe przygotowaliśmy atrakcyjne oferty – zapewnia Ketty Brunetti z Camera di Commercio di Udine. – Z Małopolski jest tu całkiem blisko – zachęca. Wybrać się warto, choćby dla pysznego tiramisu!

Narty

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!