Andrzej Kruszena - judoka, biznesmen, podróżnik

W 1984 roku odniósł największy sportowy sukces - został mistrzem Polski w judo w kategorii 65 kg. Zaraz potem wyjechał do Austrii i zaczął nowy etap życia. Po siedmiu latach wrócił do Bytomia, gdzie założył własną firmę.

W 1984 roku odniósł największy sportowy sukces - został mistrzem Polski w judo w kategorii 65 kg. Zaraz potem wyjechał do Austrii i zaczął nowy etap życia. Po siedmiu latach wrócił do Bytomia, gdzie założył własną firmę.


Praca stała się dla niego, kolejnym po judo, nałogiem. Dorobił się, a to pozwoliło zrealizować mu największą młodzieńczą pasję - podróżowanie.

Sól w oku

Nigdy nie był wielkim judoką, ale medale mistrzostw Polski zdobywał regularnie. Był z pokolenia chyba najbardziej utalentowanych polskich zawodników - w Czarnych jego kolegą był Waldemar Legień, późniejszy dwukrotny mistrz olimpijski. W swojej wadze zaś rywalizował z wrocławianinem Januszem Pawłowskim.

- Trzy lata młodszy ode mnie był solą w moim oku - opowiada Andrzej Kruszena.
∨ Czytaj dalej

- Oczywiście nie mam do niego pretensji, ale nigdy go nie pokonałem. Byłem etatowym "drugim" w kraju.
W 1984 roku podczas mistrzostw Polski w Poznaniu Pawłowskiego jednak zabrakło, co Kruszena skrzętnie wykorzystał.

- Rywalizacja była potworna. Pod nieobecność Pawłowskiego chrapkę na medale mieli zawodnicy z wyższej kategorii, którzy szybko zbijali wagę - wspomina Kruszena.

Niewiele brakowało, a odpadłby już w rundzie eliminacyjnej. Przegrywał na punkty z zawodnikiem gospodarzy mistrzostw, ale ten miał kompleks judoków z Bytomia i nie wytrzymał psychicznie do końca walki.

- Zawsze walczę do końca. Nawet wtedy, gdy wydaje się, że już wszystko stracone i nie ma żadnej nadziei ja nie poddaję się. Taki mam charakter - wyznaje były judoka.

Na arenie międzynarodowej największym sukcesem było 7. miejsce w Akademickich Mistrzostwach Świata, choć... nie był studentem.

- Takie były czasy. Jak ktoś był dobry to wszystko dało się załatwić. Na czas mistrzostw otrzymałem więc legitymację studencką - śmieje się Kruszena.

Już przed mistrzostwami w Poznaniu zapowiadał, że chce spróbować szczęścia za granicą. - Co mnie czekało po zakończeniu kariery, jeżeli nie chciałem pracować w kopalni? Beznadzieja.

Rozpęd w życiu

W odróżnieniu od większości sportowców nie uciekał, chciał wyjechać legalnie. By on i jego rodzina mogli otrzymać paszport musiał zmagać się z całym aparatem biurokratycznym peerelu. Nie skarży się jednak, bo nawet wówczas, w połowie lat 80., spotkał ludzi życzliwych, którzy bezinteresownie pomagali mu w załatwieniu niezbędnych formalności. Tak jest zresztą do dziś.

- To co w życiu osiągnąłem to żywy dowód na to, że nie trzeba łapówek, przekrętów - uważa Kruszena. - Nie będę narzekał, bo głęboko wierzę, że ludzie są dobrzy...

W Austrii spędził siedem lat. Walczył na macie i szkolił judoków w miejscowości Wels, a potem w Wiedniu. Pracował jednocześnie w fabryce pieczątek.

- Pamiętam, że zmęczenie było potworne. Wydawało mi się, że chwilę po zaśnięciu już dzwonił budzik i znowu trzeba było iść do pracy - opowiada.

Pod koniec lat 80. wpadł na pomysł założenia własnej firmy w kraju. Początkowo był to zwykły zakład stemplarski. Przez trzy lata godził pracę w Austrii z doglądaniem przedsiębiorstwa w Polsce. - To był horror, sam dochodziłem do wszystkiego, zmagałem się z problemami - przyznaje dziś.
Ten rozpęd w życiu wszedł mu jednak w krew. Zaczynał mieć wyrzuty sumienia gdy choć jeden dzień spędził na leniuchowaniu.

- Tak, byłem pracoholikiem. Ale zawsze uważam, że to lepiej niż być alkoholikiem - twierdzi.

Produkcja pieczątek to dziś już margines działalności firmy Printy Poland, będącej dystrybutorem na całą Polskę materiałów poligraficznych, a ostatnio także techniki laserowej. W połowie lat 90., po wykupieniu połowy austriackich udziałów, Kruszena został właścicielem spółki zatrudniającej około 40 osób.

Spojrzeć za siebie

W 1992 roku wrócił na stałe do Polski. Biznes kręcił się dobrze, nie wiedział nawet co robić z takimi pieniędzmi. Jednocześnie zauważył, jak zmienia się podejście ludzi do niego.

- Jeżdżę mercedesem. Jak przepuszczę kogoś na pasach to słyszę tylko obelgi - zauważa z gorzkim uśmiechem.

W jego życiu pojawiła się stabilizacja, ale też jakaś pustka. Postanowił zrealizować własne marzenia o górach, choć nigdy wcześniej się nie wspinał.

- Jestem człowiekiem, który lubi się zmęczyć. To rozładowuje we mnie całą złość i agresję - wyznaje.

Pierwsza wyprawa do Ameryki Południowej zakończyła się jednak niepowodzeniem. 100 metrów przed najwyższym szczytem Andów - Aconcaguą (6960 metrów n. p. m.) - oślepł jeden z uczestników wyprawy. Chorego trzeba było znieść na dół. Kilka miesięcy później ponowny atak na szczyt już się powiódł.

Zachwycił się krajobrazem Alaski gdy zdobywał McKinley (6194 m n. p. m.). Po tej wyprawie stracił na wadze 20 kg. - Ale wystarczyło obrócić się za siebie i niepowtarzalne piękno krajobrazu wynagradzało 60 stopniowy mróz - wspomina.
W ubiegłym roku wybrał się na Kaukaz by spojrzeć na świat ze szczytu Elbrusa (5642 m n. p. m.). W przyszłym roku prawdopodobnie pojedzie w Himalaje.

- Każda wyprawa jest nieporównywalna z inną, na każdej czegoś nowego się nauczyłem. Ludzie z reguły zadają mnóstwo pytań innym. W górach, kiedy człowiek męczy się sam, te pytania zadaje się tylko sobie - zauważa Andrzej Kruszena.

Gorące artykuły. PRZECZYTAJ KONIECZNIE

Sonda

Jaki jest największy grzech PKP?

Zobacz koniecznie

przewiń w lewo przewiń w prawo

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w sposób dostosowany do Państwa indywidualnych potrzeb i preferencji, w celu emisji możliwie indywidualnie przygotowanej reklamy. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących przechowywania i uzyskiwania dostępu do cookies przy pomocy ustawień przeglądarki lub urządzenia końcowego, z których Państwo korzystacie. Więcej szczegółów w naszej Polityce Prywatności.

Zamknij